about us about us czwartek, 21 listopada 2019
Wyprawy wędkarskie



KAWAŁEK NIEBA NA ZIEMI
(reportaż ukazał się w "Wędkarskim Świecie" Nr 12/2005)

Oto jego fragment:

Na największe palie trzeba jechać dalej, nad słynne na cały Jukon jezioro Aishihik. To już dwudniowa wyprawa. Jedziemy na dwa samochody. Na lawetach wygodne łodzie, z głośników pobrzmiewa wesoło muzyka country, a my w znakomitych humorach podziwiamy widoki znane dotąd tylko z westernów. Naszym przewodnikiem jest tym razem przesympatyczny sześćdziesięciolatek Doug -- prawdziwy kowboj w kapeluszu i z apaszką, jak z filmu "Pat Garret i Billy Kid". Po dwóch godzinach jazdy docieramy na brzeg jeziora.
Po zeslipowaniu łodzi płyniemy jeszcze około godziny. Wokół zatoki, zatoczki, wyspy, poszarpane skały, las. Woda - kryształ. Wreszcie wysiadamy na brzeg w jakiejś bajkowej okolicy. Pachnie żywicą, jak na kartach książki Arkadego Fiedlera. Na wysokim brzegu wyspy stoi mała traperska chata z bali. Przenosimy do niej cały majdan: śpiwory, jedzenie i rzeczy osobiste. Zamykamy starannie domek (misie!) i natychmiast na wodę. Dziś trollujemy w następujących zespołach: ja z Maćkiem i Dougiem na dużej łodzi o tajemniczej indiańskiej nazwie "Chuchichästli", Jarek z Robertem na drugiej, małej jednostce. Jutro zmiana. Palie są wprawdzie wszędzie, ale Doug zabiera nas na swoje "bankowe" rafy. Po drodze opowiada o namaycushach, niedźwiedziach, i w ogóle o całej jukońskiej przyrodzie. On to wszystko po prostu kocha całym swym sercem, całą duszą.
Wreszcie wypuszczamy przynęty. Wędki supermocne, łososiowe, z żyłką 0,35. Na końcach zestawów miejscowe czarodziejskie "banany", czyli piętnastocentymetrowe woblery Luhr-Jensen. Kolor srebrny z obowiązkowym różowym motywem. To faktycznie absolutna rewelacja - nie widziałem jeszcze w życiu tak szeroko "mielącego" woblera. Doug mówi, że wszyscy klienci próbowali tu swoich rodzimych pewniaków, ale każdy ostatecznie kończył na "bananach". Na jeziorze Aishihik można uzbroić je tylko w jedną kotwicę bez zadziorów. Akwen jest większy od naszych Śniardw i znacznie głębszy niż Dezadeash. Pstrągi dobrze biorą teraz na trolling z toni.
Pierwsze "kopnięcie" mam po kilkunastu minutach. Jest potężne, jednak ryba po krótkim holu schodzi. Doug jest niepocieszony, uważa, że to mogła być "trophy". Siadam trochę załamany i patrzę tępo przed siebie. "Który to już niefart w ostatnim czasie, która porażka z dużą rybą?" Po pięciu minutach biorę się jednak w garść. Łyk rumu i do roboty. Wypuszczam banana na odległość 30-40 metrów. Pracuje teraz na pomiędzy ósmym a dziesiątym metrem. Płycej nie ma sensu - ryby są w zimniejszej wodzie, przy termoklinie. Nawrót przy wchodzącym w jezioro skalistym cyplu i moja wędka znowu wygina się w pałąk. Chwytam ją szybko i ostro zacinam. Jest! Spokojne pulsowanie i potężny opór. Hamulec momentami wręcz piszczy. Mam więc jednak trochę szczęścia. Doug krzyczy podekscytowany: "It's really a big fish. It's maybe a trophy!". Trofeum to ryba ponadmetrowa, więc uświadamiam sobie, że czeka mnie ciężka walka. Przez kolejny kwadrans trwa ostre pompowanie. Ryba cały czas przy dnie. Nawet, gdy mam ją już bezpośrednio pod łodzią. Podciągnięcia w górę uruchamiają hamulec, a więc ryba ani myśli iść do powierzchni. Twarda sztuka, prawdziwy namaycush-senior. Ma pewnie ze 30 lat. Wreszcie ruszam ją w górę. W przejrzystej wodzie stopniowo widać ją coraz lepiej. Jest gigantycznych rozmiarów - pysk ma wielki jak dorsz. Gdy tylko łapie powietrze, natychmiast wali w wodę potężnym ogonem, ochlapując nas niemiłosiernie, i w ekspresowym tempie odjeżdża na jakieś 30 metrów od łodzi. Co za siła! Ponownie katorżnicza praca wędkarza i po kilku minutach ryba znowu przy łodzi. Już słabnie, ale jeszcze wije się, targa łbem i wciąga szczytówkę wędki pod wodę. Wreszcie Doug chwyta ją w wielki podbierak. "Juhuuuu! To dzieje się naprawdę." - szalejemy ze szczęścia. Po wciągnięciu ryby do łodzi - delikatne wyhaczenie i pomiary. Niestety, "tylko" 98 cm długości i aż 11 kg wagi! Choć do "trophy" brakuje dwóch centymetrów, nawet w Kanadzie taka ryba wzbudza szacunek. Koledzy gratulują mi połowu i rozpoczynamy szybką sesję zdjęciową. Przed nią Doug na chwilę zanurza rybę w podbieraku w wodzie i dotlenia ją. Dzięki temu namaycush odpływa w znakomitej kondycji (...)

Aby przeczytać cały artykuł zamów w redakcji archiwalny egzemplarz Wędkarskiego Świata.



Turystyka wędkarska Wędkarstwo w Szwecji Mapa strony © Copyright by Eventur Fishing 2003-2007 Wyprawy wędkarskie Wyjazdy wędkarskie
Created by domelon